Mieczysław Szczepański
DIABELSKE SZCZĘŚCIE

Spis treści: Tajemnica bankowa, Rodzinny lot, Radykalne cięcie, Ostatnia szansa, Diabelskie szczęście, Czysty zysk, Radość tworzenia, Okazja, Nowe życie, Prefekt żartuje.

Fragment opowiadania „Okazja”:

„Poruszony otwierającymi się drzwiami mały miedziany dzwonek zagrał swoją melodię i księgarz Leon Szuwart uniósł głowę znad kontuaru, by zobaczyć kto przyszedł. Skrzywił się. W drzwiach stał niewysoki, chudy młodzian w przetartym paletku, z kategorii tych, co to potrafią godzinami przeglądać książki po dziesięć i piętnaście złotych, by w końcu zadowolić się, i to nie zawsze, groszowym wydaniem powieści z Biblioteki Dzieł Wyborowych, jakie zalały rynek na początku lat dwudziestych. Leon Szuwart trzymał te książki na składzie, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że żaden pieniądz piechotą nie chodzi, ale klientów takich jak ten obsługiwał bez entuzjazmu; nie był pewien, czy swym wyglądem nie wypłaszają zamożniejszej klienteli. Do tego, by skrzywić się na widok chudzielca, miał zresztą szczególny powód. Pojawiał się on w jego księgarni już kolejny raz. I żeby kiedykolwiek coś kupił. Niestety. Wertował, bywało godzinami, strona po stronie egzemplarze najdroższych książek, by w końcu zamruczeć pod wyostrzonym nosem, że niby musi się zastanowić, że przeglądane książki nie są akurat tymi, które spodziewał się znaleźć, i wychodził dodając, iż ma nadzieję natrafić na nie innego dnia. W dodatku zawsze taszczył ze sobą niemiłosiernie odrapany futerał na skrzypce, sprawiający, że jego wygląd zdawał się być jeszcze bardziej opłakany. Nie wspominając o tym, że z owym żałosnym futerałem nigdy nie rozstawał się nawet na chwilę, jak gdyby w obawie, że Szuwart bądź któryś z jego klientów ukradnie mu go, co doprowadzało księgarza do daleko posuniętej irytacji, gdyż to raczej on - sądził - miałby podstawy do podejrzeń, iż chudzielec zgarnie mu coś z kontuaru Miedziany dzwonek zadźwięczał ponownie. Tym razem za zamykanymi drzwiami i księgarz, westchnąwszy z rezygnacją, zapytał:- Czym mogę służyć szanownemu panu ?”


Mieczysław Szczepański
GODZINA BARRAKUDY
Powieść przed ukazaniem się w formie książkowej drukowana była w odcinkach przez dzienniki.

Fragment powieści:

Była to zaledwie czwarta doba podróży drobnicowca „Halifax”, licząc od jego wyjścia z Freetown, ale załoga statku czuła się tak podle, jak gdyby spędziła na oceanie już wiele tygodni. Poprzedniego wieczoru niebo gwałtownie poszarzało, zerwał się wiatr, wzbijając fale na wysokość trzydziestu – czterdziestu stóp i „Halifax”, poddawany przez długie godziny wymagającej próbie, jedynie z pomocą boską uchował się na powierzchni. Dlatego teraz, kiedy Atlantyk zamarł, spali ciężkim snem ci, co mogli, a ci którym nie było to przeznaczone, walcząc z paraliżującą umysły sennością, marzyli jedynie o tym, by rzucić się na koje. I dlatego też ani ci ostatni, ani tym bardziej ci pierwsi nawet nie drgnęli, kiedy na pokładzie pojawiło się nie wiadomo skąd kilkanaście ciemno ubranych postaci z pistoletami maszynowymi w rękach. Radiotelegrafista Tom Butler zorientował się, iż dzieje się coś niedobrego, dopiero wtedy, gdy usłyszał trzask rozwalanej kolbą pistoletu radiostacji, przy której, prawdę mówiąc chyba nieco się zdrzemnął; dyżurujący na mostku kapitańskim pierwszy oficer Jonathan O´Brien wówczas, gdy poczuł na skroni zimny metalowy przedmiot i usłyszał komendę: „Maszyny stop”; a marynarz Paul Simon, gdy potężna ręka wyrwała go brutalnie z koi i wyrzuciła na korytarz, gdzie padając uderzył się tak mocno, że z jego ust wydarł się ostry bolesny krzyk. Krzyk Simona, choć zgaszony niemal natychmiast kopniakiem w brzuch, przedarł się do jedynej na drobnicowcu kajuty pasażerskiej – wykrojonej z części podręcznego magazynu i pewnie dlatego nie wykrytej już w pierwszej chwili przez napastników i i wytrącił ze snu, otępiałą nocną walką z własnym organizmem oraz strachem przed śmiercią gdzieś na oceanie, Susan Alcott. Uniosła głowę, odruchowo odgarnęła z twarzy długie jasne włosy i niespokojnie rozejrzała się. Drzwi były zamknięte, przez okno sączył się świt, a na sąsiedniej koi spał z głowa przykrytą poduszką jej przyjaciel Harry Taylor. Widok śpiącego bez ruchu przyjaciela uspokoił Susan. Na chwilę. Gdzieś z wnętrza statku dobiegł ją bowiem nagle tupot biegających bezładnie po korytarzu ludzi. Niebawem wmieszały się weń krzyki i przekleństwa. Pośpiesznie usiadła; jasne włosy rozsypały się na plecach i ramionach. Odruchowo naciągnęła na siebie prześcieradło i nerwowo spojrzała w iluminator, za którym, zdało jej się, coś się poruszyło. Nie, to nie było złudzenie. W ciągle jeszcze skąpym świetle dostrzegła kołysząca się na zewnątrz grubą linę. Nocny lek powrócił w nowym kształcie.


Mieczysław Szczepański
POŻEGNANIE Z ARMIĄ
Rozmowa z gen. Zdzisławem Ostrowskim, w latach 1992–1995 pełnomocnikiem rządu do spraw wycofania z Polski wojsk rosyjskich.

Fragment książki

- Wspomniał pan, że umowa z 1956 roku wyłączała spod polskiej jurysdykcji między innymi ściganie przestępstw i wykroczeń popełnionych przez osoby wchodzące w skład wojsk radzieckich „przy wykonywaniu obowiązków służbowych'. Jak należy rozumieć to sformułowanie? Wydaje się ono dosyć pojemne.

- Może najlepiej wyjaśnić to na przykładzie. Jeżeli - powiedzmy-radziecki kierowca wojskowy jechał z jednostki do jednostki i spowodował na szosie wypadek - rozbił polski samochód, zabił bądź zranił pasażerów - to właściwym organem do rozpatrywania jego winy było sądownictwo wojskowe Północnej Grupy Wojsk. Jeżeli natomiast w czasie pokonywania tej samej trasy podwiózł polską dziewczynę i dopuścił się gwałtu bądź czynu lubieżnego, to - ponieważ czyn ten nie miał służbowego charakteru - właściwy dla rozpatrzenia jego winy był sąd polski. - I po orzeczeniu jej przez polski sąd trafiał do polskiego więzienia? - To byłoby zbyt proste. Żołnierz radziecki, który w czasie służbowej podróży zgwałcił polską dziewczynę, dopuszczał się dwóch przestępstw. Wobec służby i wobec tejże dziewczyny. Właściwe dla rozpatrywania jego winy były więc dwa sądy-radziecki sąd wojskowy i sąd polski. Zawarte między Polską i Związkiem Radzieckim umowy przewidywały możliwość wzajemnego przekazywania sobie jurysdykcji. W omawianym tu przykładzie jurysdykcja w części dotyczącej gwałtu byłaby z cal pewnością przekazana stronie radzieckiej już na etapie postępowania prokuratorskiego. Tak jak to się działo wielu innych, rzeczywiście mających miejsce przypadkach. Innymi słowy - polscy sędziowie i polskie służb więzienne nie miałyby nawet okazji zobaczyć przestępcy. Zresztą nie ma potrzeby analizować wyimaginowanego przypadku. Wystarczy sięgnąć do faktów. W 1988 rok prokuratura Warszawskiego Okręgu Wojskowego przekazała prokuraturze Północnej Grupy Wojsk spraw Gieorgija Mitryka, który usiłował zgwałcić koło Tarnowa siedemnastoletnią dziewczynę. Tego samego rok sześciu żołnierzy radzieckich dokonało zbiorowego gwałtu na mieszkance Sypniewa. W tym przypadku polscy prokuratorzy także zrzekli się jurysdykcji. W 1989 roku prokuratura Śląskiego Okręgu Wojskowego zrzekła się jurysdykcji wobec Jewgienija Borowienki, który zgwałcił w Legnicy umysłowo chorą. Przykłady te można by mnożyć. Po 1990 roku na skutek mojej interwencji - możliwej nowej sytuacji politycznej - przekazywanie jurysdykcji Rosjanom skończyło się. Naturalnie nie tylko wtedy, gdy chodziło o gwałty. I jeszcze jedno... Zdarza się, że radzieccy czy też obecnie rosyjscy żołnierze odbywają kary polskich więzieniach. Nie są to jednak kary wymierzone przez polskie sądy. Dowództwu Północnej Grupy Woj: nie opłaca się niekiedy wysyłać swojego żołnierza d kraju dla odbycia jakiejś krótszej kary - po prostu względów ekonomicznych - i w takich przypadkach kord sto z usług polskiego więziennictwa. Nie ma to jednak n: wspólnego z problemem przekazywania Rosjanom jury dykcji, o którym mówiłem wcześniej.

- Zatrzymajmy się jeszcze przy przykładzie spowodowania wypadku drogowego przez radzieckiego kierowcę. Podróżował służbowo, jego winę, zgodnie z umową, rozpatrywali Rosjanie. A co z odszkodowaniem?

- Umowa przewidywała, że do rozstrzygania wszelkich spornych spraw, które mogłyby pojawić się w związku z jej interpretacją bądź wykonaniem, powołana zostanie Polsko-Radziecka Komisja Mieszana. Do jej kompetencji należało również ustalanie wysokości odszkodowań za straty materialne i inne, wyrządzone polskim instytucjom i obywatelom przez radzieckie jednostki i osoby wchodzące w ich skład, przy wykonywaniu obowiązków służbowych. Komisja składała się z sześciu osób, po trzy z każdej strony, i zbierała się co kilka miesięcy. Zespołom przewodniczyli zawsze pełnomocnicy obu rządów. Komisja rozpatrywała wszystkie sprawy o odszkodowania, których polskim obywatelom i instytucjom nie udało się uzyskać od jednostek armii radzieckiej prostszym trybem. - Prostszym, to znaczy jakim? - Myślę tu o polubownym rozstrzygnięciu sporu, które mogło odbywać się i odbywało w różny sposób. Zdarzało się, że żołnierz radziecki, który wyrządził jakąś szkodę polskiemu obywatelowi, szkodę stosunkowo drobną, brał po prostu beczkę paliwa czy spirytusu i z ich pomocą dogadywał się z poszkodowanym. Bywało, że w czasie przemarszu wojsk radzieckich na poligon czołg czy samochód uszkodził ogrodzenie chłopskiego gospodarstwa. Dowódca oddziału bądź jednostki wysyłał potem kilku żołnierzy i oni naprawiali ogrodzenie. Polubownie można było załatwić sprawę angażując wójta czy sołtysa, który wspólnie z dowódcą jednostki znajdował sposób naprawienia krzywdy poszkodowanemu. Polubownie mógł być także rozstrzygnięty spór o odszkodowanie nawet wtedy, kiedy sprawa została skierowana przez poszkodowaną osobę lub instytucję do Komisji Mieszanej. Po prostu w trakcie postępowania wyjaśniającego strony dochodziły do porozumienia i sprawa nie trafiała już na posiedzenie komisji

.- Czy polubowne rozstrzyganie sporów zdarzało się często?

- Dokładne statystyki nie były prowadzone, ale sądzę, że bez obawy o popełnienie błędu można powiedzieć, że miało ono miejsce w 15-20 procentach przypadków.

- Na jakiego rodzaju szkody i niebezpieczeństwa narażeni byli polscy obywatele w związku ze stacjonowaniem w naszym kraju jednostek armii radzieckiej i jakiego rodzaju sprawy o odszkodowanie trafiały do Komisji Mieszanej?

- Bardzo różne. Przede wszystkim Rosjanie powodowali bardzo wiele wypadków drogowych, dlatego podany wcześniej przykład nasunął mi się niejako automatycznie. Ale zdarzały się i inne wypadki. W 1987 roku w Wilkocinie w woj. lubelskim nastąpił wybuch pocisku rakietowego odpalonego z samolotu. Rakieta eksplodowała zabijając jedną osobę - Piotra Czerepa, raniąc drugą i powodując zniszczenia materialne w tych dwóch i innych gospodarstwach na kwotę blisko 62 mln zł, co było wtedy kwotą znaczną. Zniszczeniu uległy stodoły, obory, traktory, samochody i inny sprzęt mechaniczny.

- Co było przyczyną odpalenia rakiety z samolotu?

- Rosjanie wyjaśnili, że wypadek nastąpił z przyczyn technicznych.

- A wyniki śledztwa?

- Prowadzili je Rosjanie. Ze strony polskiej nikt w nie nie wnikał. Odszkodowanie zostało zapłacone.

- Czy w przeszłości były również inne, podobne zdarzenia?

- Owszem. W 1988 roku dwie inne rakiety, odpalone z równie nie znanych nam powodów z samolotu, spadły na wieś Przemków. Ofiar w ludziach na szczęście nie było, ale zdarzenie to miało bardzo poważne konsekwencje materialne. Wybuchy zniszczyły linię wysokiego napięcia, instalację wodno-kanalizacyjną, szkody poniosło 47 mieszkańców wsi, gminna spółdzielnia oraz parafia katolicka. W 1987 roku na skutek eksplozji materiałów wybuchowych w magazynach wojsk radzieckich uległy zniszczeniu trzy budynki mieszkalne, gospodarcze oraz plebania w miejscowości Trzebień w woj. jeleniogórskim. Głośnym echem odbił się w 1989 roku wypadek, do jakiego doszło nad lotniskiem w Lubinie. Pilotowany przez kpt. Igora Myśliczenkę samolot wojskowy zboczył z wyznaczonego kursu, zniżył lot i uderzył w polski szybowiec pilotowany przez Artura Majewskiego. Polski pilot poniósł śmierć na miejscu.

Mieczysław Szczepański
DOM MUZ. FILM, TEATR, MUZYKA, PLASTYKA, ARCHITEKTURA, OŚWIATA, NAUKA, PRASA w II Rzeczpospolitej

Fragment książki

Z rozdziału: Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie

Jednego z pierwszych grudniowych dni 1918 roku do war­szawskiego mieszkania profesora Alfonsa Parczewskiego - prawnika, historyka, dziekana Wydziału Prawa i Nauk Po­litycznych UW - zapukał niezapowiedziany gość. Był to profesor medycyny Stanisław Władyczko, który przybył do Warszawy, "by zainteresować opinię stolicy w kierunku wskrzeszenia Uniwersytetu w Wilnie". Gospodarz nie ukrywał zaskoczenia wizytą. Podczas okupacji niemieckiej kontakt z Wilnem był - jak później wspomniał - właściwie niemożli­wy. Łatwiej było z Warszawy uzyskać przepustkę do Krakowa, Lwowa, nawet za granicę, aniżeli do Wilna. Dlatego o nastrojach panujących w tamtejszych środowiskach naukowych nie wiedziano w Warszawie prawie nic. A tym bardziej o tym, że już w końcu 1915 roku, nieledwie po opuszczeniu Wilna przez Rosjan, miejscowi działacze społeczni przedstawili władzom niemieckim memoriał, w którym domagali się zgody - oczywiście bezskutecznie - na otwarcie polskiej uczelni. Teraz, zimą 1918 roku, gdy Wilno znalazło się pod kontrolą oddziałów „Samoobrony”, formacji stworzonej przez zamieszkałych w nim Polaków, wszystko jednak wydawało się możliwe. Także wskrzeszenie zamkniętego przez Mikołaja I wileńskiego uniwersytetu. W ten oto sposób czas zaczął znów pracować na rzecz nie­gdysiejszego dzieła króla Stefana Batorego. 13 grudnia, również w mieszkaniu Alfonsa Parczewskiego (ul. Wiejska 9), odbyło się zebranie, którego uczestnicy, przedstawiciele warszawskich uczelni, dla pomocy komisji orw ­ganizacyjnej Wilnie powołali Komitet Warszawski Od­rodzenia Wszechnicy Polskiej w Wilnie i stwierdzili między innymi, że "zamknięcie tamtejszej uczelni polskiej przez cesa­rza rosyjskiego należy uważać, z punktu widzenia prawa, za akt gwałtu i naruszenia od kilku wieków zagwarantowanej własności narodu polskiego, gdyż zrabowano cały kulturalny dorobek Wszechnicy Wileńskiej, w części go niszcząc, w części rozdając uczelniom innoplemiennym. Zatem uniwersytet polski w Wilnie nie został nigdy prawnie zniesiony, należy więc go uruchomić, tym bardziej, że przeszło 3 miliony Polaków, zamieszkałych na Li­twie i Białej Rusi, nie licząc wielkiej ilości Białorusinów, katoli­ków, ciążących do polskiej kultury, ma prawo do własnej szkoły wyższej. (...) Wobec tego, że zarówno Uniwersytet Wileński p.r. 1831, jak i miasto Wilno od r. 1839, a zwłaszcza po roku 1863 i w czasie ewakuacji Litwy w r. 1915, zostały przemocą pozbawione aparatu naukowego, jaki stanowiły Biblioteka Uniwersytecka, Archiwum, zbiory Obserwatorium Astronomicznego, Archiwum biskupów unickich, znaczna część Muzeum Starożytności, część Archiwum Centralnego itd. - wywiezione do Piotrogrodu, Moskwy, Kazania, etc. - jest rzeczą konieczną podjąć usiłowania mające na celu najszybszą rewindykację zbiorów tych dla Uniwersytetu i Wilna". Jednocześnie wszyscy zebrani zgodzili się, iż byłoby rzeczą najwłaściwszą, gdyby uniwersytet - niezależnie od tego, jakie trudności czekają jego organizatorów - rozpoczął działalność od najbliższego roku akademickiego, jesienią 1919. Uzyskawszy wsparcie w Warszawie, Stanisław Władyczko niezwłocznie udał się do Wilna i wkrótce - 28 grudnia - działający tam Komitet Polski zredagował uchwałę, w której stwierdzając nie zadawnione prawa Narodu Polskiego co do po­siadania w Wilnie własnej Wszechnicy i do rewindykacji posiada­nych przez Polski Uniwersytet Wileński gmachów, fundacji, zapi­sów, pomocy naukowych, bibliotek i zbiorów ogłosił ponowne powołanie do życia zamkniętego w 1832 r. uniwersytetu, który posiada już tylowiekowe i tak wielkie wobec kultury tradycje. Po tygodniu - opierając się na uchwale Komitetu Polskiego - miejscowy Komitet Edukacyjny powołał tymczasowy Senat Akademicki oraz komisje: organizacyjną i rewindykacyjną. W skład senatu weszli: jako rektor, szczególnie gorąco za­biegający o wskrzeszenie uniwersytetu w Wilnie, prof. med. Józef Ziemacki, oraz profesorowie: Alfons Parczewski (wy­dział prawa), Stanisław Ptaszycki (wydział filozoficzny), Stanisław Władyczka (wydział lekarski), Władysław Za­wadzki, a także Kazimierz Noiszewski i dr filozofii Sta­nisław Kościałkowski. Jeszcze tego samego dnia, w którym powołano senat, od­było się pod przewodnictwem rektora pierwsze posiedzenie obu komisji. Drugie trzeba było odłożyć. Dolatujące zrazu z oddali odgłosy walk na obrzeżach miast narastały z każdą chwilą. Cofające się oddziały „Samoobrony” ustępowały miejsca Armii Czerwone


Mieczysław Szczepański
DELLAGO
Powieść była emitowana w całości przez I Program Polskiego Radia

Fragment powieści:

Przechodząc do działu zamówień, Dellago doskonale wiedział, że South Port Company często musi odmawiać przyjmowania statków do rozładunku w pożądanym przez klientów terminie z braku możliwości przeładunkowych. Eden rozbudowywał nabrzeże, ale na razie statki musiały niekiedy stać na redzie i cztery, pięć dni. Fakt ten spędzał sen z oczu zarządowi portu, gdyż przysparzał zysków konkurencji z pobliskiego Oakland, a także martwił właścicieli statków którym, z różnych względów, wygodniej było - mimo strat z powodu przestojów - opróżniać ładownie właśnie w San Francisco. Po dwóch miesiącach kierowania działem zamówień Dellago postanowił rozwiązać radykalnie ten problem. Przy czym nie wyłącznie z korzyścią dla towarzystwa i armatorów, ale również dla... siebie. W tym celu otworzył przez podstawionego człowieka „Biuro Usług Informacyjnych”, pod którą to dość enigmatyczną nazwą kryło się dwóch pracowników skrzętnie obliczających na podstawie danych dotyczących pogody na Pacyfiku przypuszczalny czas pojawienia się statków na redzie portu. Uzyskane tym sposobem prognozy - a Dellago hojnie płacił za nie „Biuru Usług Informacyjnych”, czyli samemu sobie - pozwoliły tak zdecydowanie usprawnić pracę portu, iż otrzymał on nawet specjalną premię od Edena. Niestety - wszystko, co dobre, szybko się kończy. Pewnego dnia dyrektora portu zastanowiły sumy przekazywane „Biuru” i w czasie posiedzenia zarządu towarzystwa wyraził wątpliwość, czy koniecznie należy korzystać z usług tej drogiej firmy, jeżeli podobne dane można by uzyskiwać najmując kogoś do pracy w samym porcie. Obecny na posiedzeniu zarządu Dellago wyjaśnił wprawdzie, iż oszczędności nie byłyby właściwie tak poważne, aby w ogóle zajmować sobie tym czas, ale argumentował chyba zbyt gorliwie, skoro w umyśle dyrektora zrodziło się podejrzenie, że być może Dellago jest osobiście zainteresowany współpracą z „Biurem Usług Informacyjnych”. Sześćdziesięcioletni dyrektorzy z nadkwasotą i zrzędzącymi w domu starymi żonami nie zawsze przepadają za dwudziestoparoletnimi młodymi ludźmi osiągającymi nieoczekiwane, błyskotliwe sukcesy. Reszta była już tylko kwestią czasu: proces o nadużycia finansowe, sprawa wysokiego odszkodowania. Oczywiście znalazłby się na bruku. Uratował go Eden. Może pomyślał, że w końcu szkoda tracić tak inteligentnego i obrotnego pracownika. Może przypomniał sobie własne młode lata, kiedy przecież także uciekał się do „nowatorskich” pomysłów. W każdym razie polecił wezwać przerażonego Dellago i ku bezgranicznemu zdziwieniu, a nawet zgorszeniu znających całą sprawę współpracowników zaproponował mu posadę sekretarza ze wspomnianą pensją osiemdziesięciu dwu tysięcy dolarów rocznie, zobowiązując go jednocześnie do spłacenia w ratach towarzystwu - jak się wyraził - zaciągniętej pożyczki. Po rozmowie z Edenem Dellago nie wiedział, czy ma się cieszyć, czy też niepokoić takim obrotem sprawy, ale stanowisko oczywiście przyjął, rozumując logicznie, że w przeciwnym razie Eden pozostawi go w rękach chorego na nadkwasotę i zupełnie nie mającego poczucia humoru dyrektora portu. A tej ewentualności zdecydowanie wolał uniknąć. Uniknąć jej wolał Dellago również w rok później. Natychmiast zrozumiał, czego żądał Eden mówiąc: „Warren nie weźmie udziału w wyborach, ponieważ będzie to fizycznie niemożliwe”. Toteż bez słowa wziął od niego dossier Warrena, choć zdawał sobie sprawę, że tym razem prezes wydał polecenie, oględnie mówiąc, trudne do spełnienia. Renato nie był uosobieniem wszelkich chrześcijańskich cnót, ale zamach na starającego się o eksponowany urząd polityka... Pobliskie więzienie Alcatraz od dawna nie spełniało swojej pierwotnej funkcji, jednak nadal robiło ogromne wrażenie. Siadając w swoim pokoju za biurkiem i rozkładając owo dossier Dellago postanowił więc: poza wszelkimi podejrzeniami pozostać musi nie tylko Eden, ale także on, Renato Dellago, lat dwadzieścia osiem, kawaler, słowem - człowiek, który za mało jeszcze przeżył, aby już teraz kończyć swoją karierę.”